| Gatunek muzyczny trochę dziwny |
|
Z Marcinem Nowakowskim rozmawia Paweł Oses. Marcin, co to jest smooth jazz?Ech… Smooth jazz to gatunek muzyczny trochę dziwny, bo skupia bardzo wiele innych gatunków muzycznych. Jazzu jest tam w sumie dość mało. Tak naprawdę dużo jest R&B, popu, funky, a jazz sprowadza się do odrobiny improwizacji, która występuje czasami. To gatunek muzyczny bardziej komercyjny, to bardzo łatwo przyswajalna muzyka. Można powiedzieć, że to jest pierwszy krok w stronę jazzu, może to jest jazz z tematami, które łatwo wpadają w ucho?Tak, można tak powiedzieć. Ale nie można szufladkować wszystkiego. Jest dużo piosenek właśnie o takim zabarwieniu R&B albo popowym, ale zdarzają się także o takim zabarwieniu jazzAwym, bo jazzowym – to nie. Od kilku lat festiwal smooth jazzowy jest systematycznie organizowany w Niemczech, artyści smooth jazzowi coraz częściej przyjeżdżają na koncerty do Wielkiej Brytanii, jesienią 2012 roku Dave Koz organizuje swój show „Dave Koz & Friends at Sea” - po raz pierwszy na Morzu Śródziemnym. Czy to oznacza, że na naszym podwórku, w Europie - a nie w Stanach - smooth jazz jest coraz bardziej popularny?Ja słyszałem, że jest już w ogóle niepopularny i nikt tego nie chce słuchać [śmiech], natomiast z tego co się zorientowałem, to bilety na rejs Dave’a Koza zostały już dawno sprzedane. Z czystej ciekawości wszedłem na jego stronę i sprawdzałem rezerwację, zostały jeszcze tylko bilety po 3 i pół tysiąca dolarów. Bardzo to dziwne, bo mamy niby kryzys… Wrocławski dziennikarz Adam Domagała napisał niedawno, że w Polsce termin smooth jazz przyjął się znakomicie, w odróżnieniu od gatunku, który nosi te nazwę. Zgadzasz się?Tak. Były różne składanki, wydawnictwa w których ten smooth jazz był tylko z nazwy. Ludzie mogli to dziwnie odbierać. Przecież Ella Fitzgerald to nie jest smooth jazz… Czyli u nas to jest hasło, które ma wabić klientów… Raczej tak, nieważne co tam się w sensie artystycznym znajduje, ważne, żeby wabić klienta. Niestety… Twoje płyty bez najmniejszych wątpliwości są płytami smooth jazzowymi. Pierwszą „Smooth Night”, nagrałeś z muzykami z zespołu Woobie Doobie. Tam gościnnie pojawił się Paul Jackson Jr., który – warto to powiedzieć – współpracował na przykład z Michaelem Jacksonem… Tak, był na płytach Jacksona, Whitney Houston, dyskografię ma ogromną… Na następnej płycie – „Better Days”, producentrm był Jeff Lorber, klawiszowiec, który w tym roku wyścig po statuetkę Grammy w kategorii najlepszy album jazzowy przegrał z samym Stanleyem Clarkiem. A teraz na płycie „Shine” znowu pojawia się Lorber ale dodatkowo w jakim towarzystwie – Paul Brown, Jimmy Haslip, Dave Weckl, Brian Bromberg. Jak to się tobie udało?Jest dwóch producentów mojej płyty tym razem. Cztery utwory wyprodukował Jeff Lorber, sześć utworów Paul Brown, który akurat odebrał dwie statuetki Grammy. To producenci prawdę mówiąc zapraszają muzyków na płytę. Pytają tylko, czy ten albo inny muzyk mi odpowiada, czy mi się podoba… Jak się słyszy takie nazwiska to nie sposób odmówić…Zdarzały się dyskusje, co do na przykład perkusistów. Ja się upierałem, żeby jednego perkusisty nie było, żeby zamienić go na kogoś innego. Padło na Garry’ego Novaka i to był dobry wybór. Czy były jeszcze inne rozbieżności między Jeffem Lorberem, Paulem Brownem a tobą?Nie, raczej wszystko było w porządku. Czasami z Lorberem się kłóciliśmy na jakieś tematy muzyczne, ale później wszystko sobie wyjaśnialiśmy. Co wnosi współpraca z takimi muzykami. Dlaczego płytę smooth jazzową lepiej nagrywać w Stanach, a nie w Polsce?Dobre pytanie. Głównie dlatego, że tego typu granie wywodzi się z Kalifornii. Tamci muzycy wiedzą jak to nagrać. Tam nie mam problemu, żeby to brzmiało stylowo, tak jak chcę. Poza tym udało mi się wynegocjować dobre stawki, no i jest dobra pogoda. Tam jest ciepło, sympatycznie, ludzie są uśmiechnięci. To też wpływa na pracę. Nie znam się na produkowaniu płyty, ale mam wrażenie, że wszystko przebiegało w błyskawicznym tempie. Ty tam byłeś na przełomie września i października, a już w listopadzie płyta pojawiła się na półkach.To było karkołomne przedsięwzięcie. Prawdę powiedziawszy nie wierzyłem, że to się uda. Płytę zamknęliśmy w miesiąc, to było nagranie saksofonów, nagranie wszystkich instrumentów, włącznie z przygotowaniem okładki, sesją zdjęciową, wszystkim co się robi przy płycie. Pliki były wysyłane przez internet do masteringu tu w Polsce, koleżanka odbierała to i wiozła do tłoczni, graficzka pracowała wtedy nad projektem płyty. Wszystko przez internet na odległość udało się zrobić, ale rzeczywiście była to bardzo męcząca wycieczka. Zdradź jak wyglądała praca nad poszczególnymi utworami. Mnie na przykład zastanawia jak powstaje utwór, przy którym jako kompozytorzy wymienieni są czterej różni muzycy.Ano to jest bardzo proste. Przeważnie jest tak, że na przykład ja mam fajną zwrotkę, ktoś do tego napisze fajny refren, ale jeszcze klawiszowiec dopisze fajny bridge, wokalista napisze słowa. Dzięki temu powstaje utwór, gdzie jest czterech kompozytorów. To się rodzi na bieżąco?To się wszystko działo na bieżąco. Te tematy były wymyślane zupełnie na gorąco. To tym bardziej był karkołomny pomysł. Ja nawet chciałem to mieć wszystko bardziej ułożone wcześniej, wszystko mieć zaplanowane, ale okazuje się, że to nie jest konieczne, że można to fajnie wszystko tam na miejscu zrobić. Jak wyglądała sesja nagraniowa. Poszczególni muzycy przychodzili po kolei do studia, czy udało się skompletować w jednym miejscu pełen skład?Nie nie, poszczególni muzycy przychodzili po kolei do studia. Z niektórymi nawet się nie widziałem, bo w tym czasie kiedy powiedzmy Garry Novak nagrywał bębny, to w tym samym czasie w innym studiu Ricky Lawson nagrywał w drugim studiu inny utwór. Tak musiało być ze względów czasowych. Ci muzycy którzy nagrywali na moją płytę są bardzo zajętymi ludźmi. Złapanie ich jest bardzo trudne, do tego stopnia, że kilku muzyków nie mogło wystąpić na mojej płycie, ponieważ byli nieosiągalni w tym czasie. Wytłumacz jak reagowali na ciebie muzycy ze Stanów. Ja sobie wyobrażam, że musieli być zaskoczeni. Gdzieś tam daleko na końcu świata jest niezbyt ciepły kraj, w którym gra się smooth jazz? Musieli być tobą bardzo zdziwieni.To prawda. Byli zdziwieni. Tym bardziej, że jak opowiedziałem co się działo w latach 80. w Polsce to nie mogli w to uwierzyć. Byli pod dużym wrażeniem. Tam nie ma rywalizacji. Patrzą na muzyka, który przyjechał z daleka dość życzliwie. Choć wiem, że mam jeszcze parę lekcji do odrobienia. Skromny jesteś.Nie. Naprawdę. Czego się nauczyłeś przy nagrywaniu trzeciej płyty?Oj, było dużo sytuacji typu… No na przykład techniki nagrywania saksofonu, po drugie otwarcia głowy na sposób grania. Przy kolejnych produkcjach będzie jeszcze fajniej i mam nadzieję, że nie tylko ja będę to słyszał. Wróćmy do komponowania. Jedynie przy połowie utworów nazwisko Nowakowski pojawia się jako nazwisko kompozytora. To mniej niż przy poprzednich płytach.Tak. Mniej niż przy poprzednich, bo starałem się nie wciskać swoich kompozycji. Czasami się zdarza, że wykonawcy chcą na siłę swoje kompozycje wrzucać na płytę, po czym się okazuje, że te kompozycje nie są zbyt trafione. Nie chciałem, żeby wszystkie utwory były moje. Ale pamiętam, jak rozmawialiśmy po nagraniu drugiej płyty, wspominałeś wtedy, że Jeff Lorber był zauroczony twoimi tematami.To prawda. Ale tym razem miał lepsze. Więc je wybrałem. Co prawda on twierdził, że nie wybrałem najlepszych, ale na płycie są te co chciałem. Powiedz mi teraz o sprawach nie koniecznie ściśle muzycznych. Jak wyglądała współpraca z Paulem Brownem i Jeffem Lorberem. Jakie są relacje między wami?To są relacje raczej bardzo koleżeńskie. Nie na zasadzie wykonawca – producent, dziękuję i do widzenia. Na przykład Paul Brown uczył mnie grać w golfa. Będę może jeszcze golfistą w przyszłości [śmiech]… Ma bardzo dużą piwnicę z winami i serwował te wina. Płyta „Shine” jest bardziej wokalna niż poprzednie. Dlaczego?Dużo radiowców skarżyło się, że nie mogą grać utworów instrumentalnych. Ludzie też pisali maile i pytali, dlaczego nie ma żadnej piosenki. Spełniłem te życzenia. Stwierdziłem, że tym razem płyta będzie bardziej śpiewana. Zresztą następna może będzie w ogóle bez wokalu? Staram się, żeby każdy album był troszeczkę inny, żeby to nie było cały czas to samo, żeby nie było nudne po prostu. Jeden z tych wokalnych utworów „Shine Shoes” to piosenka, która pojawiła się na ostatniej płycie Paula Browna. Tam śpiewał tę piosenkę Al Jarreau. Czy to nie było ryzykowne podejmować się właśnie tego utworu?Nie, absolutnie. Dax Reynosa, który zaśpiewał na mojej płycie zrobił to równie dobrze, nawet bym powiedział - troszkę bardziej współcześnie. Nie obawialiśmy się, że wyjdzie coś gorzej. Być może jedyną obawą było to, jak zmieścić tam saksofon. To jest dość gęsto śpiewane i nie ma gdzie się tym saksofonem wykazać, ale udało się. Dlaczego nie ma piosenki po polsku?Nie ma piosenki po polsku, bo musiałbym zaprosić takiego wokalistę do Stanów Zjednoczonych. Prawdę mówiąc to już czysto finansowy problem. Musiałbym wydać dwa krążki – jeden na rynek polski i drugi na świat. Płyta jest sprzedawana na całym świecie. Cała jest po angielsku i nagle jedna polska piosenka – to nie jest najlepsze rozwiązanie, nie byłoby to spójne. Czysta ekonomia. Nie stać mnie, żeby wydać dwie wersje płyty. À propos sprzedaży płyty na świecie – twoja poprzednia płyta, był taki moment, że była najlepiej sprzedającą się płytą smooth jazzową na portalu cdbaby.com. Jak będzie z nową płytą? Wiem, że masz fanów na całym świecie, czy już są jakieś kanały dystrybucji uruchomione poza Polską?Tak są uruchomione. Już oczywiście fani wysyłają maile z pytaniami kiedy będzie płyta, także wygląda to bardzo pozytywnie i sympatycznie. Też się nie mogę doczekać, kiedy oni nabędą tę płytę, bo zawsze się odzywają i spływają recenzje, czy jest fajnie, czy nie. A to najważniejsze – czy fanom się płyta podoba. Kiedy będzie można ciebie usłyszeć na żywo?Myślę, że na przełomie stycznia i lutego dopiero. Szkoda, że tak długo musimy czekać.Ja też żałuję, ale teraz muszę się zająć promocją w stacjach radiowych, dopiero później jest sens grać koncerty. Dzięki i w takim razie do zobaczenia. |

