| Brian Culbertson "XII" |
|
Wydaniu tej płyty towarzyszyła dość niezwykła kampania reklamowa. To pierwszy znany mi przypadek, gdy artysta podczas pracy nad nagraniem prowadzi wideoblog. Brian Culbertson wyciągał kamerę w studiu po to, by pokazać, jak wygląda sesja nagraniowa poszczególnych partii instrumentalnych, jak przebiega składanie całości w komputerze. W swojej bezpośredniości Culbertson zabrnął nawet z kamerą do ubikacji, by pokazać jak wygląda studyjna toaleta. Przy okazji można też zobaczyć, czym gaszą pragnienie zapracowani twórcy... W sumie powstało blisko 90 filmów, ciągle jeszcze dostępnych w sieci. Choć artysta w żadnym miejscu tego nie deklaruje, album „XII” to hołd złożony gwiazdom sprzed 20 – 30 lat. Pojawia się tu na przykład Chuck Brown - twórca Go–Go (jednej z odmian funky), Nathan Watts – basista, który w latach 70. grał między innymi z Jacksons 5 i Stevie Wonderem, gitarzysta Earl Klugh, Ray Parker Jr. czy wreszcie Sheldon Reynolds z Earth, Wind & Fire. Wszystko to są muzycy starsi od Culbertsona co najmniej o 20, a w przypadku Browna nawet o ponad 35 lat. Do tego grona udało się jeszcze zaprosić gwiazdy R&B. Śpiewa tu Avant, Brian McKnight i Kenny Lattimore, a także Faith Evans. Dla tysięcy fanów skład nagrania sprawia, że jest to płyta z gatunku „must have”. W albumie „XII” Culbertson najwyraźniej próbuje tchnąć w funky nieco świeżości. „Feelin’ It” czy „It’s Time” zaczynają się brzmieniami niosącymi kiepskie skojarzenia. Ale już po chwili okazuje się, że to tylko zgrywa, wabik na nastolatków. Po bożemu pojawia się sekcja, bas, smyczki... A więc jednak! Na szczęście bez eksperymentów! Wszystko jest tu na swoim miejscu, dokładnie tak jak trzeba. Otwierający płytę „Feelin’ It” jest wręcz bezpośrednim odwołaniem do klasyki funky i to nie tylko przez udział Chucka Browna. Bez trudności można się tu doszukać dziedzictwa Jamesa Browna, w utwór wplecione są też zapożyczenia chociażby z „Ghostbusters”. Zapewne wielu z żartów, jakie znalazły się w tym kawałku, nie udało mi się znaleźć. Subiektywnie – pierwsze cztery minuty albumu są najlepsze. Nie ukrywam, że wolę Culbertsona w wydaniu żywiołowym niż sentymentalnym. Dlatego od kilku tygodni nie ma dnia, bym nie wysłuchał po kilka razy "Feelin' It", „Stay Wit It” albo nawet „That’s Life”. Reszta zawartości płyty czeka chyba na jesienną chandrę albo po prostu dłuższe wieczory. Jak już wspominałem w tym miejscu, w innych recenzjach nie jestem fanem popisów wokalistów na płytach gwiazd smooth jazzu. Mimo świadomości „wagi” nazwisk piosenkarzy, jakoś nie mogę się przekonać do takich utworów jak na przykład „Out On The Floor”. Krytycy aksamitnej odmiany jazzu mówią, że smooth jazz to "zagrane piosenki". Tu mamy zaśpiewane piosenki. Czy zatem jest to jeszcze smooth jazz, czy raczej najzwyklejszy pop? W wielu miejscach przeszkadza mi również plastikowe brzmienie. Piękna ballada „Waiting For You” jest ubłocona brzmieniem czegoś, co w książeczce nazwane jest „synth bass”. Jak można!? Wbrew wysiłkowi znakomitych instrumenatlistów (m.in. Paul Jackson Jr., Eric Marienthal), tu i ówdzie wyziera dość sztuczne, syntetyczne brzmienie. Zdecydowanie za dużo tu np. automatu perkusyjnego. Ale znając „Live from the Inside” wybaczam... Jak widać „XII” jest swego rodzaju kompromisem. To znakomita muzyka, skrojona jednak w taki sposób, by brzmieniowo nie odbiegała zanadto od tego, co modne. Nie może być zbyt "ambitna", bo wówczas sukces albumu nie byłby taki pewny. Tymczasem udało się go osiągnąć. Można nawet śmiało stwierdzić, że to największy sukces w całej dotychczasowej karierze Briana Culbertsona. Album „XII” zadebiutował na 2. miejscu listy Jazz Albums i na 1. miejscu listy Contemporary Jazz Chart Billboardu. Płyta „XII” dedykowana jest Jimowi Cullbertsonowi. To ojciec Briana, który po 38 latach pracy jako nauczyciel muzyki odszedł na emeryturę. Przy okazji warto zaznaczyć, że Brian Culbertson bardzo mocno zaangażował się w walkę o naprawę kiepskiego, jego zdaniem, systemu edukacji muzycznej w amerykańskich szkołach publicznych. Niechby zobaczył, jak to wygląda (czy coś, czego nie ma - może „wyglądać”?) u nas... Paweł Oses |

Brian Culbertson po raz kolejny daje swoim fanom dwa różne dania na jednej płycie. Pierwsze danie to taneczne, by nie powiedzieć skoczne kawałki takie jak „Feelin’ It”, albo „It’s Time”, a drugie to nastrojowe, sentymentalne przytulańce takie jak „Waiting For You” czy „I Wanna Love You”. Płyta „XII” zaspokoi oczekiwania miłośników smooth jazzu. Album wprawdzie nie zaskakuje, ale daje to, za co fani uwielbiają Briana Culbertsona.