| Till Brönner „At The End Of The Day” |
|
Do tej pory nie zdarzyły się dwa podobne albumy Brönnera. Była już płyta z kolędami, album zbliżony stylistycznie do fusion, muzyka filmowa, bossa nova... Tym razem trębacz zdecydował się jednak na „powtórkę z rozrywki”. „At The End Of The Day” jest bowiem albumem wokalnym – tak samo jak płyta „That Summer”. Pozostaje żałować takiej decyzji, bowiem nie ma tu zbyt wiele powodów do zachwytu. Wprawdzie - pomijając wokal Brönnera - nie ma tu niedoróbek wykonawczych, ale nie ma też czegokolwiek, co by wyrastało ponad powszechnie lansowaną popową przeciętność. Nie pomogło nawet wyborne brzmienie, udział znakomitych muzyków, sięgnięcie po klasykę muzyki rozrywkowej… Ta płyta jest nudna i sam zadaję sobie pytanie dlaczego? Co zawiodło? Przede wszystkim to, co miało być wyznacznikiem obecnego na tych nagraniach stylu – czyli wokal głównego wykonawcy. To jednak nie jest Michael Franks. Potencjał głosu Tilla Brönnera jest za mały, by zagospodarować nim 50 minut muzyki. Nieporadności momentami są wręcz nachalne. Zaczyna się to już w otwierającym płytę kawałku „And I Love Her” duetu kompozytorskiego Lennon – McCartney. Poza tym zwyczajnie żal, że Brönner tak rzadko sięga po trąbkę. Dajmy na to w „Summer Breeze” trębacz po prostu odśpiewuje swoją partię, nie wnosząc nic ponad oryginalną wersję tej piosenki sprzed 40 lat. Trąbka pojawia się tu dopiero po trzech minutach, na zaledwie 30 sekund. Warto było nagrywać ten kawałek? Ale jest jeden rodzynek – ścieżka numer 13 - ostatnia na „At The End Of The Day”. To aria na strunie G z suity orkiestrowej D-dur Jana Sebastiana Bacha. Za pierwszym razem na początku bałem się, że niemiecki trębacz zrobił z tego to samo, co Chris Botti z „Ave Maria”, czyli kawałek skrojony specjalnie do odtwarzania na wszelkich uroczystościach typu ślub/chrzciny/komunia. Na szczęście tak się nie stało. Wreszcie na samym końcu płyty Brönner pokazał klasę. Tylko czy warto słuchać wszystkiego co ten kawałek poprzedza? P.O. Till Brönner, "At The End Of a Day", Universal, 16.11.2010 |

Till Brönner stanął przed dylematem: czy nagrywać Jazz (przez duże „j”), czy raczej odcinać kupony od sławy. Wydaje się, że wybrał to drugie. Jako juror niemieckiej edycji programu „X Factor” może liczyć w swoim kraju na masową publiczność. Ta jednak niespecjalnie doceniła najnowszy album trębacza. Raczej mnie to nie dziwi.