| Jessy J "Hot Sauce" |
|
„Hot Sauce” to największa niespodzianka jesieni 2011 roku. Płyta zadebiutowała od razu na pierwszym miejscu listy „Jazz Albums” Billboardu. W ciągle jeszcze niezbyt bogatym dorobku Jessy J to największy jak dotąd sukces. Zatem czy jest się czym zachwycać? Znakiem rozpoznawczym pięknej saksofonistki są melancholijne tematy utrzymane w rytmach bossa novy. Wszak artystka nieustannie podkreśla swoje latynoskie pochodzenie. W jej żyłach płynie meksykańska krew, choć ona sama urodziła się już w Stanach Zjednoczonych. To przywiązanie do południowoamerykańskich rytmów słychać niemal na całej płycie. „Hot Sauce” właściwie nie przynosi zaskoczenia. To płyta, która jest stylistyczną kontynuacją wcześniejszych albumów – „Tequila Moon” i „True Love”. Nie brakuje tu rzewnych łkań, tanecznych rytmów, mocno ugładzonej aranżacji , kilku kawałków z wokalem... To efekt współpracy z tym samym co dwa i trzy lata temu producentem. Jest nim doskonale znany gitarzysta Paul Brown, który rzecz jasna podczas pracy nad płytą również złapał za gitarę. Pojawiają się też inni znani w kręgu smooth jazzu muzycy, chociażby Ray Parker Jr., czy Gregg Karukas. Ale nie wszystko zostało tu podporządkowane utartemu schematowi, o którym wspomniałem powyżej. Dwa utwory zostały nagrane wspólnie z legendarnym Joe Samplem. W dodatku jest on producentem tych utworów. Stąd zapewne wziął się w składzie muzyków Harvey Mason, niestety tylko w „Rainbow Gold”. Wspomniane „Rainbow Gold”, „Last Night”, ale także "In A Sentimental Mood" Duke’a Ellingtona z godnym odnotowania udziałem Saundersa Sermonsa jako wokalisty i producenta, zostały tu wrzucone jakby z innego świata. Stylistycznie jest to zdecydowanie krok do przodu, zbliżający Jessy J do artystów z wyższej półki, oddalający ją z kolei od stereotypu seksownej gwiazdeczki. Upatruję w tym zasługi zwłaszcza Joe Sampla. Dotknięcie jego geniuszu sprawiło, że charakter chociaż części „Hot Sauce” zdecydowanie odbiegł od dotychczasowej średniej Jessy J. Zwłaszcza, że chyba w żadnym dotychczasowym nagraniu saksofonistki klawisze nie były tak mocno eksponowane. Charakterystyczny styl Sample’a polegający na wybijaniu rytmu akordami granymi na fortepianie wynosi „Rainbow Gold” i „Last Night” na zupełnie inny pułap brzmieniowy. Z kolei Saunders Sermons wyprowadził „In A Sentimental Mood” w obszar zarezerwowany dotąd raczej dla takich artystów jak Harry Connick Jr., czy Michael Bublé. Jako się rzekło, „Hot Sauce” to w dorobku Jessy J nie jest żaden przełom. Widać jednak dążenie do złamania dotychczasowego wizerunku. To próba udana, choć ciągle niezbyt śmiała, zasadniczą zawartością płyty są bowiem ciągle utwory pozbawione werwy. Wpadają w ucho, ale trzeci raz nie chcę się ich już słuchać. Na koniec dygresja. Jak wspomniałem album „Hot Sauce” szturmem zawojował listę albumów jazzowych tygodnika Billboard. Jazzowi puryści zapewne załamują ręce – i mają trochę racji. Jessy J zostawiła w tyle Esperanzę Spalding, Herbie Hancocka, Bela Flecka i wielu innych artystów. Widać wyraźnie, że w klasyfikacji gatunków muzycznych konieczne jest dokonanie kolejnego podziału, by nie rywalizowały ze sobą nagrania z tak różnych światów. To problem, który dotyczy nie tylko tygodnika Billboard, ale także Narodowej Akademii Sztuki i Techniki Rejestracji przyznającej statuetki Grammy. W każdym razie gdyby album Hot Sauce zostałby okrzyknięty najlepszą płytą smooth jazzową jesieni Anno Domini 2011 to ja siedziałbym cicho. Paweł Oses Jessy J, "Hot Sauce", Heads Up, 06.09.2011 |


